czwartek, 1 września 2011

Dzień 19


Pobódka jak zwykle dość dziwna, bo okazało się, że stoimy przy jakimś kopcu piachu i rano oczywiście musieli ten piach zgarniać łopatami, niemiłosiernie przy tym hałasując.
Wstalismy więc i po spacerze krętymi uliczkami, trafiliśmy pod wejście Allhambry. Jest to jedyny zachowany pomnik wielkiego dorobku artystycznego islamskiej Granady. Na ten zespół pałacowy składa się: Pałac Nasrydów, Alcazaba i Palacio Generalife z ogromnym ogrodem.
Największe wrażenie robi Pałac Nasrydów, który wprowadza w świat baśni. Przechadzając sie po jego komnatach niesamowicie pracuje wyobraźnia. Ściany pokryte są misternie wyrzeźbionymi ornamentami. Bardzo niepozorny z zewnątrz, wewnątrz jest cały jakby stworzony z koronki. W pomieszczeniach brakuje jedynie zaklinaczy węży, latającyhc dywanów i lampy Alladyna :).
Ogród Generalife jest ogromny i cały zasilany górskim źródłem. W każdym kącie jest strumyczek lub fontanna, w których można zanużyć rączkę albo nóżkę. Przyjemnie, ale trzeba mieć naprawde wygodne buty, żeby bez bólu go przejść. Spacer po całym kompleksie to dobre parę godzin łażenia, kolejek i hektolitry potu.
Dalej ruszyliśmy do Frigiliany, jednego z tzw. białych miasteczek jakich wiele w tym regionie. Mieliśmy akurat szczęście, że trafiliśmy na festiwal 3 kultur, który się tam odbywał. Po okrążeniu pięć razy tego samego ronda i parę razy wjeżdzając w te same uliczki wreszie udało nam się gdzieś zaparkować. Całe miasteczko ozdobione zostało kolorowymi flagami, a podczas spaceru mijaliśmy specjalnie na tę okazję stworzone barki tapas. Nie omieszkaliśmy z nich skorzystać. Na placu głównym odbywały się koncerty i targowiska - kiczowiska jakich wiele przy takich okazjach. Można było też pojeść mięsko z wielkiego grilla, napić się soku ze świerzo wyciśniętego bambusa i zagryźć wielkim ciachem.
Wieczorem z wielkim trudem wyjechaliśmy z miasta, bo jak już wspominałam w poprzednim poście Kuba miał niesprawne światła. Dojechaliśmy do najbliższego zjazdu z autostrady, który prowadził do Torrox i tam przycupnęliśmy na parkingu przyhotelowym.
Kąpieli nie zażylismy już dobre pare dni, więc wzieliśmy equipment i pokryjomu wykąpaliśmy się pod plażowym prysznicem. Po tak przyjemnym wydarzeniu z już odblokowanymi porami poszliśmy spać.





























































Dzień 18

Pobódka jak zwykle słoneczna. Dzień zaczął się od Michała rytuału, czyli połowem z harpunem z morzu. Tym razem wrócił zadowolony, bo udało mu się złowić jedną rybkę i prawie dwie duże :). Co z tego, że mała i co z tego, że ostrze harpuna większe od jej głowy - ważne, że łowy udane. Jedynym minusem okazał się fakt, że rybce ze strachu puściły zwieracze wprost na ręce Michała. Niemiłosierny odór towarzyszył nam więc przez początek dalszej trasy.
Ustawiliśmy GPSa na Malagę i jazda. Droga w tym kierunku jest wyjątkowo urocza, a prowadzi przez góry Parku Narodowego Sierra Nevada. Mieliśmy nieodparte wrażenie jakbyśmy byli gdzieś w NEVADZIE - sucho i upalnie. Dalej droga prowadziła przez Baze, aż do Guadix przez piękne masywy górskie. Samo Guadix wydało nam się dość ładnym miejscem. Można tam zobaczyć białe domki wbudowane w skały, które wyglądały dość malowniczo, ale klapki z nóg nam nie spadły. W części domków były pracownie ceramiczne, ale większość zamieszkiwały hiszpańskie rodzinki. Podczas przechadzki po uliczkach miasteczka raczylismy się figami i winogronkami prosto z drzewa.
Dalej ruszyliśmy w kierunku Granady. Już mieliśmy ją omijać, kiedy coś mnie podkusiło, żeby trochę poczytać o tym mieście. Dowiedziałam się że:" Nie ma w życiu większego cierpienia niż oślepnąć w Granadzie". Szybko zmienilismy kierunek i pod wieczór już tam bylismy. Nasz wjazd do miasta był bardzo widowiskowy, bo wbiliśmy się na brukowany deptak, który był tak ciasny, że ledno jeden samochód się zmieścił.W międzyczasie zorientowaliśmy się, że jedziemy w konwoju ślubnym :).
Jak już udało nam się wymiksować z imprezy, trzeba było podjechać pod całkiem stromą, też brukowaną drogę na wzgórza Sacrameno. Tam udało nam się przycupnąć przy ulicy z bardzo przyjemnym widokiem na całe miasto!!!
Wyskoczyliśmy z samochodu i ruszyliśmy na wieczorną przechadzkę po Granadzie. Zaczęliśmy od dzielnicy na wzgórzu Albaicin, czyli najstarszej części miasta. Znależliśmy się w typowej andaluzyjskiej plątaninie uliczek.Wszędzie bielone wapnem domki, bruk, a z każdego kąta słychać było muzykę. Trafiliśmy do jakiejś knajpki, gdzie dwóch Amigos z gitarrrrrami dawali ujście swym hiszpańskim korzeniom. Na innej z uliczek usłyszeliśmy rzewny, chwytający za serce śpiew przy akompaniamencie skrzypiec. Klimat naprawdę bajkowy. Tak naprawdę dopiero teraz zaczęlismy czuć Hiszpanię.
Zrobiliśmy się głodni, więc zaczęliśmy szukać uprawgnionych tapasików. Obskoczyliśmy dwie knajpeczki. W pierwszej było grane anchouis i coś co nie wiadomo czym było, ale było dobre oraz Sangrie z pomarańczką. W kolejnej zamówiliśmy tależ mięs i dzbanek wina z beczki. Najedzeni ruszyliśmy dalej i tym razem dotarliśmy do dawniej cygańskiej dzielnicy, gdzie planowaliśmy zobaczyć pokaz flamenco ( i to akurat się nie udało, bo wszędzie full zainteresowanych ).
Pełni energii i podziwu dla tak różnorodnej kulturowo Granady, poszliśmy spać.
Jeśli ktoś mi jeszcze kiedyś powie, że Barcelona jest super to niech lepiej pojedzie do Granady, a zapomni o Barcelonie.